wtorek, 23 września 2014

Rozdział 3.

       Zeszłam rano na śniadanie w hotelowej restauracji i od wejścia czułam na sobie wzrok. Kiedy zerknęłam w kierunku ekipy, jego zielone oczy świdrowały mnie i wcale nie spłoszył się, kiedy odkryłam, że się we mnie wpatruje. Nie zaprzeczę, że miałam ciarki na całym ciele, ale musiałam się opanować. Podeszłam do szwedzkiego stołu i wybrałam przysmaki, na które miałam ochotę. Dosiadłam się na jedyne wolne miejsce wśród stolików zarezerwowanych dla nas. Naprzeciwko Matta. Całe szczęście, że jak dotarłam tam, był zajęty rozmową z kimś obok i nie musiałam walczyć ze sobą, żeby zrobić w tył zwrot. Zajęłam się talerzem i jego zawartością. 

Kiedy w końcu zwrócił uwagę, że siedzę przed nim, nie mogłam opędzić się od jego wzroku. Byłam pewne, że mnie tez pamięta, mimo, że minął aż rok. Nie odezwał się jednak słowem przez cały czas. Sama skończyłam swój obfity posiłek i wstałam.
- Panowie, przypominam, że za pół godziny ruszamy na arenę. Nie przewiduję opóźnień, więc radze być na miejscu. 
- A tobie wsadził ktoś kija w tyłek, młoda? Nie jesteśmy w średnim wieku, żeby zwracać się do nas w taki sposób. Wyjmij tego gnata i wsadź coś innego, na rozluźnienie, jeśli wiesz co mam na myśli- zakończył głupawym śmiechem swoją wypowiedź któryś z facetów. Nie powiem, wmurowało mnie. Takiej reakcji się nie spodziewałam. Już się odwracałam do wyjścia, kiedy usłyszałam głos Matta.
- Żeby ci ktoś czegoś nie wsadził Alex. Hannah ogarnia twoje życie w tym momencie i będzie to robić do końca trasy, więc trochę szacunku. Jedz śniadanie, idź po tą pieprzoną walizkę i bądź za pół godziny na dole.
Nie usłyszałam odpowiedzi. Nikt nie kwestionował tego, co mówi wokalista. Spojrzałam na niego przenikliwie próbując wyczytać coś z jego twarzy, jednak ta nic nie dała po sobie poznać. Patrzył na mnie bez wyrazu. Wyszłam i wróciłam do siebie. 

Usiadłam na łóżku i nie rozumiałam, co nagle zmieniło się w jego zachowaniu. W samolocie traktował mnie jak wstrętnego robaka, a teraz? Pan wielki obrońca niewinnych kobiet? Czemu ja się w ogóle nim przejmowałam. Jest jedna z wielu osób, o które muszę dbać. To moja praca i tyle. Wzięłam swoje rzeczy i poszłam na dół. Do mnie należało wymeldowanie wszystkich na czas.


***

Kiedy przypomniałem sobie kim jest, moje nastawienie od razu zmieniło się. Nie wiem czemu. To taki wewnętrzny pstryczek. Na początku uważałem ją za małą siksę, a teraz kiedy wiem kim jest, widzę kobietę. Potrząsnąłem głową i wstałem, sięgnąłem po plecak i poszedłem do windy. Byłem zły na siebie. Miałem żonę, a laski, które kręcą się dookoła mnie jeszcze nigdy nie zawróciły mi w głowie. Zawsze to była godzinna znajomość, kiedy zabierałem którąś do swojego pokoju. Ale nigdy dłużej nie zastanawiałem się kim jest, co robi na co dzień i dlaczego w tym momencie przebywa właśnie ze mną. 
Kiedy winda zjechała, a drzwi się rozsunęły, patrzyła na mnie. Jakie to dziwne uczucie, kiedy w brzuchu aż ściska. Zazwyczaj cisnęło mnie w kroku, a nie wyżej. Ostatni raz tak się czułem… właściwie nigdy tak się nie czułem. Nawet jaka zaczynałem spotykać się z Val, reagowałem w całkiem inny sposób. A może to jednak znów coś niestrawnego…


***

     - Jesteś… oczywiście ostatni – myślałam, że skoro sam opieprzył Alexa, to chociaż da przykład. Ale na co ja liczyłam. To przecież Matt. Diva. Wzięłam od niego klucz i przeszedł mnie prąd. Czy to jakaś pieprzony film? Gdzie są kamery? To robi się bardzo żałosne. 
- Nie marudź mała. Jestem przed czasem.
- Nie jestem żadną małą. Dopiero co mówiłeś o szacunku, więc sam się do tego stosuj. Możesz już iść- odwróciłam się do recepcjonisty i dopełniałam ostatnich formalności.

W autobusie było bardzo głośno. Faceci rozbestwili się i oczywiście byłam w tym, w którym siedzieliśmy poupychani jak sardynki. Miałam nadzieję, że jak dojedziemy na miejsce, to każdy pójdzie robić swoje. Ale jednak nie. Okazało się, że ekipa miejscowa, która rozkłada scenę, ma opóźnienie, więc gwarna ekipa nie dawała za wygraną i nie pozwalała mi w spokoju pracować. Nie mogąc dłużej wytrzymać hałasu, postanowiłam iść do budynku, ale tam było jeszcze głośniej. Stukanie, pukanie i krzyki. Nie, to zdecydowanie nie polepsza mojej sytuacji. Przechodząc koło imprezowego autobusu, nawet nie pomyślałam, że tam znajdę cichy kąt. Zostało mi więc ostatnie wyjście.


***


      - Puk, puk… Matt?- usłyszałem głos. Jej głos. Co ona tu robi? Nikt mi o tej porze nie przeszkadza. Postanowiłem udawać, że nie słyszę, to może sobie pójdzie. Dość mam na dziś tych dziwnych sytuacji- hej…- podniosłem wzrok. Stała przede mną. Ściągnąłem słuchawki, wyłączyłem grę i ponownie popatrzyłem na nią.
- Mam już iść do środka?
- Nie, jest opóźnienie…
- O nie… opóźnienie. Larry chyba nie jest zadowolony, że coś się sypie… Dał ci za zadanie tylko przywieźć nas tu i zaprowadzić do garderoby, zdecydowanie poradziłaś sobie na 5…- chyba bardziej sarkastycznego tonu nie mogłem mieć. Stała tylko i patrzyła. Chyba przesadziłem. 
- Ekipa zewnętrzna ma opóźnienie… - odwróciła się i miała wychodzić.
- Czekaj. Przepraszam… co chciałaś.
- Wole ci nie przeszkadzać w bardzo produktywnym zajęciu. Poradzę sobie.
- Jezu… kobieto. Co chciałaś. Po co komplikujesz.
- Niczym nie zasłużyłam sobie na twoje humorki Matt. Raz stajesz w mojej obronie, a raz jesteś totalnym dupkiem. Chciałam być naprawdę miła. To dopiero drugi dzień, a mam ciebie dość. Nie traktuj mnie, jak kogoś gorszego, bo… bo co? Sam nawet nie wiesz skąd twoja gburowatość. A może jednak wiesz? Oświeć mnie- nie umiałem. Sam nie wiedziałem. Chyba byłem sfrustrowany. To całe wytłumaczenie. Na wszystko składa się na wiele czynników. Ale nie mogłem się nimi podzielić. 
- Z czym przyszłaś… - postanowiłem odpuścić dalszą dyskusję. Na pewno bez powodu nie pchałaby się do mnie.
- Czy mogłabym przez godzinę albo dwie posiedzieć przy stole i popracować. Nigdzie nie mogę znaleźć wolnego i spokojnego kąta… a ty jesteś tu sam, nikt ci nie przeszkadza.
- Pewnie. Nie mam z tym problemu- założyłem słuchawki i grałem dalej. Odwróciła się, żeby znaleźć miejsce- Hannah? Możesz pracować tu kiedy chcesz i jak długo chcesz. Mam dużo wolnej przestrzeni. 


***


     Rozsiadłam się przy stole z komputerem i papierami. Odetchnęłam i uśmiechnęłam się pod nosem. To nazywa się cisza i spokój.
Po koncercie nie mieliśmy zatrzymywać się w hotelu, tylko jechać dalej całą noc. Ponownie skrzywiłam się na myśl, że mam wytrzymać leżakowanie w ciasnym i przeludnionym pojeździe. Postanowiłam włączyć swoje umiejętności aktorskie, które podobno w kłamaniu były całkiem przekonujące i wmówiłam wszystkim, że mam sporo pracy. Dzięki temu mogłam siedzieć tam gdzie całe popołudnie i zaznać chociaż odrobiny snu na kanapie jadalnej. 

Gdzieś koło 2 w nocy usłyszałam same przekleństwa, które dziwnym trafem, wybrzmiewały w podobnym odstępie czasowym. Podniosłam głowę znad komputera i rozejrzałam. Zdenerwowany głos pochodził z tyłu autobusu. Należał do Matta. Wzięłam świeżą butelkę wody i ruszyłam w jego kierunku. Sama nie wiem czemu zaniepokoiłam się. Może dlatego, że wcześniej zachowywał się znacznie ciszej. 
- Wszystko w porządku?
- Cholerna gra. Kupiłem dodatek i nie mogę przejść jednego momentu. Nie zwracaj na mnie uwagi.
- W co grasz?- podałam mu wodę. Może przyda się na ochłonięcie. 
- Battlefield… słyszałaś o czymś takim?- chętnie wziął i napił się.
- Którą masz część? 
- Battlefield 4: Dragon's Teeth- spojrzał na mnie podejrzanie. 
- Przeszłam to dwa razy. Posuń się- ociągał się, ale było to spowodowane tylko lekkim niezrozumieniem na jego twarzy. Wzięłam jego pada i włączyłam grę. Co prawda nie widziałam jego twarzy, ale po dźwiękach domyślałam się, że nie może ogarnąć, jak to jest możliwe, że mogę wymiatać lepiej od niego w strzelaninie- dobra, teraz się zabiję i zacznie się od tego momentu, że będziesz musiał sam przejść. Przynajmniej wiesz jak- jak powiedziałam, tak zrobiłam. Oddałam mu pada i życzyłam powodzenia. 


- Hannah…? Chcesz zagrać multiplayera? Razem zawsze weselej- obdarzył mnie takim uśmiechem, któremu nie mogłam się oprzeć. Dosiadłam się, ustawił co trzeba. Spędziliśmy razem kilka godzin, robiąc to, co nas odstresowywuje i odrywa od rzeczywistości, będąc całkiem przyjaznym w stosunku do siebie. To dopiero odmiana.

4 komentarze:


  1. hmm hmm hmm, mało produktywne, wiem. Podryw na frendzone? Wybacz musiałam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hannah maniaczka gier? Dobre sobie :p
    Kiedy gra wstępna?

    OdpowiedzUsuń
  3. A kto powiedział, że brutalne gry nie mogą zbliżyć ludzi? :D Ach, ciągnie ich do siebie, ciągnie!

    OdpowiedzUsuń